zupełnie niezauważenie w codzienność wplątało mi się multum melancholii, melancholii niechcianej, która bynajmniej nie działa kojąco na zmęczone nauką oczy, pulsującą skroń i pustkę wewnątrz, raz po raz próbującą na nowo obrócić mnie w proch i pył. wiem już jak mnożyć i dzielić potęgi o jednakowych wykładnikach, symbolika biblijna względnie jest mi znana, tak, jak prawo Archimedesa, aliści czuję palący niedosyt, gwałtownie popychający mnie naprzód i naprzód. cóż jednak z tego, zły, zły leń-kasia, a fe! na stos z nim i całym tym tandetnym kramikiem bzdetów ważniejszych od nauki! tylko gadać umie, i planować, i mrzonkami żyć! na stos! na stos!
nic innego nie słyszę, odkąd słyszę.
poezją dla uszu stała się cisza, rutyną - wyłączony Winamp, niekiedy ręka zasłaniająca prawe ucho, druga podtrzymująca lewy policzek. napajam się fonią pstryknięć długopisu, szumu w obolałej głowie. nogi ostatnio często się pode mną uginają, pod startą podręczników też. wwiercający się w brzuch strach przed utratą tego, co zdołałam już ciężką pracą osiągnąć przeistacza mnie w zupełnie inną osobę; nie ważne jest w tym momencie, co JA chcę - nie muszę! czuję się jak dmuchana lala, dająca tarmosić się i poniewierać każdemu podmuchowi wiatru. na koniec, tak, jak ona, wyląduję na śmierdzącym śmietniku, ze smakiem zgnilizny w ustach, z podłym poczuciem winy, niezaspokojoną rządzą uciechy, korzystania z tego, co miałam lub mieć mogłam. gdzież jest herbata z cytryną dająca niespotykaną rozkosz, gdzie miłość do gorącego kaloryfera? kochankowie leżą przepołowieni na chodniku, z dziurą po obcasie w brzuchu.
a ja, ja jestem głupiutkim, małym człowieczkiem. garścią nic nie znaczącej ziemi. tak wiele brakuje mi do upragnionego obrazu, malującego się pod czaszką od tylu lat. tak nieidealnym badylem jestem.
a ludzie? ludzie to bezbarwna, opanowana przez megalomanię, nieczuła masa.
jutro sporo się okaże. jutro sporo się wyjaśni. pewnie jutro zawali się wszystko. ale przecież to dopiero jutro, prawda?
złam to serce na pół
przeżuwaj i spluń
niech resztki spłucze deszcz
25.09.
ach, najszczęśliwsi na świecie nie wiedzą, gdzie duchy skrzydła na ramiona kładną!
wyniki badań okazały zadziwiająco dobre. ogromny głaz spadł mi z serca, pozwalając zaczerpnąć ogromny, palący haust jesiennego powietrza. od dziś cała lokomotywa ruszyć może jedynie w dobrym kierunku.
ale? -3-
-68- big girls don't cry | poniedziałek, 10 września 2007Jak mówią, „Kiedy się sypie, to wszystko naraz”. Ten rok jest chyba jednym z najgorszych w moim życiu; śmierć zbiera obfite żniwa, zarówno wśród bliskich mi osób jak i tych dalszych. Zmarł pan Stasiu, towarzysz dziecięcych zabaw, wulkan energii, okaz zdrowia. Człowiek zawsze uśmiechnięty i uśmiechem zarażający innych. Ostatnie miesiące zmagał się z nawrotem raka mózgu, wycierpiał więcej niż niejeden jest w stanie sobie wyobrazić. To, że żył do dnia dzisiejszego przez wielu lekarzy nazywane było cudem.
Godzina 8: 30 dzisiejszego dnia, zamknęła kolejne drzwi dzielące mnie od dzieciństwa. Zamknęła je nieodwracalnie, wrzucając klucz w gardło wieczności. Amen.
[*]
Płacz nie jest oznaką słabości.
ale? -4-
-67- rachunek sumienia | poniedziałek, 3 września 2007Stało się to, co stać się musiało i to bardziej przypadkowo niż umyślnie rozpoczęłam dziś kolejny rok nauki. Nie zdążyłam się jeszcze ocknąć, gdy wakacje wsiadły w pierwszy-lepszy pociąg i zniknęły z horyzontu machając mi na pożegnanie białą chusteczką, oczy okaleczyła biel pachnących, czyściutkich kołnierzyków i swąd świeżo pomalowanych klasowych ścian.
Tegoroczny urlop nie był niestety jednym z najowocniejszych. Wskaźnik osiągnięć i spełnionych postanowień nie drgnął, zajmując wygodne miejsce tuż obok zera. Nie drgnęła także łazienkowa waga.
Wyjazd nad morze okazał się kompletną pomyłką, głupia byłam myśląc, iż wakacje spędzone z rodzicami i idealną przyjaciółką mogą okazać się czymś więcej niż mękami, oczywiście doświadczanymi jedynie przeze mnie, bo reszta nadałaby się na pierwszą stronę poradnika dla gospodyń domowych, jako wzór doskonałej rodziny. Taka już jestem – charakter mam po dziadku. W przeciwieństwie do reszty familii i przyjaciółki towarzyszki dla mnie czas spędzony na plaży, wygrzewanie się i słodkie nie robienie niczego - był czasem straconym. A uszczypliwe uwagi rodzicielki na temat mojej nieidealności i ciągłe porównywanie nas (w którym zawsze bladziej wypadałam) bolały nieraz bardziej niż można sobie to wyobrazić. Nie chcę tego teraz rozgrzebywać, choć przyznam – bywało ciężko. Bywały łzy.
Jednak teraz są to już tylko wspomnienia, pozostaje mi schować je głęboko do szuflady i skupić na tym, co aktualnie pląta mi się po głowie. A konkretnie bolesna myśl uświadamiająca mi, że w tym roku już tak lekko nie będzie. Ba, nawet nie zapowiada się by cokolwiek było mi na rękę. W jutrzejszym planie lekcji figurują matematyka, fizyka, chemia i geografia. Odechciewa się człowiekowi żyć.
A teraz takie mini podsumowanie tegorocznych wakacji. Czyli usilne wygrzebywanie z nich tego, co było w nich lepsze i najlepsze.
Książka: Maria Rodziewiczówna – Między ustami a brzegiem pucharu…
Piosenka: Linkin Park – What I’ve done, Eels – I need some sleep, Christina Aguilera - Hurt
Film: Déjà Vu, Przerwana lekcja muzyki, Transformers
Miejsce: Dom babci
Osoba: Moja babcia, Gosia
Smak: Jeżyki! (kupowane przez dziadka „Jerzyka”), rożki truskawkowe
edytowane tego samego dnia
Moja ciocia miała wylew dziś w nocy. Ma sparaliżowaną rękę i nogę, wiem, że nikt z osób, którym chciałabym, chociaż słowami ulżyć w tym cierpieniu tego nie przeczyta, ale mimo wszystko piszę. Gosiu, bądź dzielna i tak jak Twoja mama, nigdy nie zapominaj o uśmiechu, o wierze i nadziei. Na pewno wszystko będzie dobrze, bo inaczej być nie może. Chcę żebyś wiedziała, że jestem z Tobą całą sobą, jak zawsze! ;*
ale? -3-
-66- it'll soon come back. it'll soon kill us. | sobota, 1 września 2007Szkoła niebawem. A wraz z nią wszechobecny burdel i cholera.
ale? -3-
