62. | sobota, 2 czerwca 2007
Trzydniowy pobyt w Wysowej pomimo różnorakich epizodów związanych z bezlitosnością aury, jaka nam towarzyszyła, przygód typowo obuwniczych takich jak dziury w podeszwach, niezliczonych ilościach przemoczonych skarpetek oraz obolałych stóp upłynął nam pod znakiem uśmiechu, wyśmienitej zabawy i 'Chciałbym umrzeć z miłości' - Myslovitz'a w muzycznym tle. Nie straszne nam były pokruszone krakersy na prześcieradłach, zupy wypalające w żołądkach dziury wielkości kraterów wulkanicznych, sękowate robale na sufitach czy pedofile-mordercy zaglądający w okna w środku nocy. Wyjazd ten bez dwóch zdań można zaliczyć do niezwykle udanych i zapewne wszyscy zapytani o wrażenia towarzyszące pobytowi w ośrodku 'Zacisze' oraz wyprawy w góry z zapalonym alpinistą, p. Palichem jednogłośnie odpowiedzieliby, iż chętnie powtórzą to w przyszłym roku.

Do zapamiętania gdybym w przyszłym roku postanowiła jednak wybrać się tam ponownie:
- spakować drugą parę adidasów.
- nie zapomnieć szamponu.
- wziąć piżamę z długimi spodniami.
- gruby sweter jest koniecznością.
- nie przeceniać swojej nikłej kondycji.
- nie robić zdjęć jedzeniu, a później udawać, że nigdy nie istniało.
- więcej uśmiechu, więcej wiary w siebie.
- worek energii i zapału.

edytowane: 18.06
Moje jestestwo ostatnimi czasy zaczyna przypominać swoistą idyllę, być może mój umysł przyćmiony perspektywą zbliżających się wakacji myli to z objawami rychłej śmierci, czego, moim skromnym zdaniem, prawdopodobieństwo jest znacznie większe. Dotykalnymi dowodami na to są znamiona na ramionach koloru bliżej nieokreślonego, dla jasności, przejrzystości, klarowności nazwijmy go buraczanym, oraz skóra odchodząca od swego ustalonego niegdyś miejsca we wspomnianym wyżej obszarze ciała.
Od tygodnia piszę jedynie pożyczonymi długopisami, moje już dawno wyjechały na Laguna Bicz i starając się wycisnąć z nich chociaż odrobinę atramentu obdarowana zostaję jedynie mlaśnięciem pełnym dezaprobaty poprzedzonym fochem wzgardy i niechcenia.
Wracając jednak do kanonu, jaki miałam obrać pisząc dzisiejszą notatkę, wielce polemicznym tematem na korytarzach mojej szkoły [i nie tylko] jest zbliżające się wystawianie ocen, świadectw etcetra. Odbijające się echem w uszach zawzięte wystukiwanie w kalkulatory różnorakich ocen, wyliczanie średni arytmetycznych z prędkością światła i precyzją wybitnych matematyków, których dane jest nam znać jedynie z książek do historii. Szkoła przypomina mi teraz dżunglę, w której zapanował misz-masz we własnej osobie. Za każdym rogiem czają się osobniki niegdyś znane jako żakowie, teraz - maszyny do zabijania, dzika zwierzyna czająca się by dopaść nauczyciela i wybłagać podniesienie oceny.
Moje uczucia są dość mieszane, byłoby mi to wszystko dyndało i powiewało gdyby tylko informatyk zlitował się nade mną - bezbronnym dziewczęciem, na które za każdym rogiem czai się śmierć - i dał mi tą cholerną szóstkę na koniec roku! Jakież byłoby moje szczęście gdyby właśnie dzięki tej ocenie moja średnia podskoczyła we wskaźniku w okolice 5,0. Jednak egzystencja jest brutalna, lubi robić ludziom na złość, ja okiełznać jej nie umiem, więc kończę moje wywody na temat palantów i neandertalczyków.
Powyżej zapewne zderzyliście się z lawiną błędów ortograficznych, ale wszystko to jest winą wykasowania przez kochanego tatusia Worda, który niegdyś mógł poszczycić się sprawdzaniem pisowni we wszelkich moich pisaninach.
Zastanawiam się jakim zbiegiem okoliczności udało mi się napisać tę notkę, gdyż wczoraj mój palec wskazujący u lewej ręki miał niemiłe spotkanie ze scyzorykiem dziadka. Jako, że to właśnie jego najczęściej używam do wystukiwania czegokolwiek na klawiaturze zaprawdę cudem jest iż udało mi się sklecić parę powyższych zdań używając jedynie: palca środkowego lewej ręki oraz wskazującego u prawej.
Brawa i owacje na stojąco poproszę, a sama rzucam garść całusów do rzekomych czytelników.
ale? -9-

layout by yvi + chaste

{PLACE_POWEREDBY}