ach, Listopadzie, jakże nieubłaganym i pięknym w swym chłodzie i obojętności miesiącem jesteś. zmuszasz do tak wielu myśli niechcianych, usilnie zapomnianych, ongiś pomijanych. wpychasz mi w dłonie tak wiele, tak różnych, tak i mglistych, swoiście lodowatych, niezdatnych w codziennym bycie, często bolesnych wniosków reklamówki. i takich wyczekiwanych z utęsknieniem też, Ty wiesz!
Listopadzie… tak wiele teraz kłębi się w mojej głowie, a każde pierwsze ważniejsze od drugiego chce być, i dudni, i dudni, to w prawą skroń, to w lewą znów; nic się niczego nie ima, bo nie. a między jelitami obija mi się tylko flegmatyczny pomruk niezdecydowania.
i lęk. i panika. i lękliwa panika panicznego lęku, też. ogarnął mnie strach przeszywający każdą komórkę, włos i paznokieć; przed rzeczywistością, tą namacalną, trójwymiarową, wszędobylską i brutalną. tą, w której mogłabym spotkać kogoś na tyle bliskiego, by mógł zaakceptować moje ułomności, by mógł opluć, sponiewierać i spalić wszystkie moje dotychczasowe regułki, prawa i twierdzenia wyukładane tak skrzętnie, że ich zgodność aż wstręt budzi. „życie to matematyka czysta” – powiadasz.
nienawidzę drżenia serca towarzyszącego mi teraz częściej niż często. i tego, że jesteś bardziej niż powinieneś. że mogę Ci powiedzieć więcej niż wiele.
a wszystko takie efemeryczne, że nie wiem, z której strony, mogłabym chociaż tknąć, wtrącając trochę choć siebie prawdziwej. tej, którą bezwiednie z dnia na dzień obnażam przed Tobą.
a tak nie było nigdy.
być nie powinno teraz.
w przyszłości też nie.
i, jak mówisz: „miażdżymy system” – to fakt.
boję się, wiesz, Listopadzie?
cholernie się boję.
przy wtórze:
the verve – bitter sweet symphony
kasia nosowska – karatetyka
counting crows – accidentally in love
ale? -0-
